Półamator - czyli kto?

Polska - Japonia
 fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

Z Japonią wygraliśmy po wielkich mękach. To pośredni dowód, że pozycja polskiej męskiej piłki ręcznej gwałtownie „rankingowo” osłabła, a rywalizacja o występ na igrzyskach w Tokio będzie w związku z tym zapewne długa, uciążliwa i niekoniecznie ze szczęśliwym finałem.

 

Jeśli dać wiarę telewizyjnym komentatorom, drużyna Japonii w zdecydowanej większości złożona jest z półamatorów, dzielących pasję do piłki ręcznej z pracą w korporacjach, którym poświęcą się całkowicie dopiero wtedy, kiedy zakończą przygodę sportową. Ale to pewnie szybko nie nastąpi. Trzeba bowiem przyjąć, że skoro w 2020 roku Japończycy będą pełnić godność organizatorów igrzysk olimpijskich (Tokio), skoro jako gospodarze, z urzędu, będą mogli wystawić swoją drużynę, wreszcie skoro zatrudnili liczącego się trenera – Hiszpana Antonio Ortegę (a ma go niebawem zastąpić jeszcze bardziej liczący się Islandczyk Dagur Sigurdsson, selekcjoner mistrzów Europy, Niemców) – to zrobią wszystko, by wstydu sobie, przed własną publicznością, nie przynieść. Wspomniany Ortega nie omieszkał zresztą podkreślić, że z technologiami, jakie ma w swojej trenerskiej pracy do dyspozycji, jeszcze nigdy się nie zetknął. I to też świadczy, jak bardzo ważne są dla Japończyków te przygotowania.
A zatem półamatorzy, czy też nie, widać, że całą parą, w profesjonalny sposób, idą naprzód. W polskiej drużynie dla odmiany sami zawodowcy. Z niewielkim doświadczeniem, ale mimo wszystko chyba bliżej wielkiego sportowego świata niż ich wczorajsi rywale. I to dlatego wczoraj wygraliśmy. Niejako siłą tradycji, siłą lat funkcjonowania bliżej elity, siłą tak zwanej kultury gry. Satysfakcja jednak niewielka, bo zwycięstwo zostało odniesione po mękach i dało niewiele – tylko uchroniło wciąż jeszcze trzecią drużynę świata od kompromitującego ostatniego miejsca w grupie. Co nie zmienia faktu, że pozycja polskiej męskiej piłki ręcznej gwałtownie „rankingowo” osłabła, a rywalizacja o występ na igrzyskach w Tokio będzie w związku z tym zapewne długa, uciążliwa i niekoniecznie ze szczęśliwym finałem.
Bez dwóch zdań - Japończycy mają olimpijski plan. Pojawiają się obawy, czy to samo można powiedzieć w odniesieniu do Polaków. Czy w ogóle, w obliczu pustki, jaka się pojawiła na skutek naturalnego procesu starzenia się i odchodzenia z reprezentacji zawodników, możemy mieć jakikolwiek plan? Smutno brzmią słowa znawców tematu, w tym ekstrenera kadry Piotra Zajączkowskiego, że Tałant Dujszebajew, powołując zawodników, nie miał żadnego wyboru. To dziś. A jutro? Czy w dającej się przewidzieć przyszłości ten wybór będzie? Pobieżny przegląd kadr i oceny potencjału poszczególnych zawodników nie daje podstaw do optymizmu...
Oczywiście, zawsze możemy pocieszać się tym, że Bogdan Wenta, wkraczając na ścieżkę wielkich sukcesów, też się potykał. Nikt jednak nie zaprzeczy, że potencjał kadrowy to on miał. A czy dzisiaj ktoś naprawdę widzi - takich in spe - Jureckich, Lijewskich, Bieleckich, Szmalów, Tkaczyków, Jurkiewiczów itd.?

Z tej samej kategorii