Legioniści grali w piłkę. Całkiem nieźle

W przypadku Legii sprawdziła się zasada, że "dopóki walczysz, dopóty żyjesz". W ten właśnie sposób zdobyła prawo startu w Lidze Europy.

Aleksandar Prijovic
 źródło: AFP

 

Jeszcze kilka tygodni temu uznalibyśmy to za mrzonkę, że Legia zdoła uratować swoje występy w Lidze Mistrzów w ten sposób, iż... zdoła się zakwalifikować do Ligi Europy. Wydawało się przecież, że drużyna po takich przejściach nie będzie się w stanie podnieść; już raczej mogła uchodzić za taką, która woła „kończ waść, wstydu oszczędź”. Spełniła się za to inna zasada: „Dopóki walczysz, dopóty żyjesz”. Legia walczyła i przeżyła...
Trudno powiedzieć, czy to „ewolucja zastanawiająca”, ale z każdym kolejnym występem w Lidze Mistrzów Legia grała bardziej w piłkę nożną. Najłatwiej byłoby zdiagnozować to tak, że stopniowo tej LM się uczyła, wyrabiała w sobie cwaniactwo, mądrą ostrożność, nie dała się już nabierać na numery bardziej utytułowanych rywali. 0:6 z Borussią w Warszawie trudno było wpisać w jakikolwiek piłkarski plan i porządek. 0:2 ze Sportingiem w Lizbonie było swoistą karą za nadzieję. 1:5 z Realem w Madrycie przypominało, że drużyny te poruszają się w innych galaktykach i że te galaktyki nie bardzo do siebie przystają. Bardziej przystawały w Warszawie, choć 3:3 z CR7 i spółką należało raczej postrzegać jako cud nad Wisłą. Ale cud niezwykle istotny, bo w kontekście innych wyników i kolejnych meczów dający nadzieję, że wiosenne granie - w Lidze Europy - wciąż jeszcze jest realne. Potem wreszcie była próba rzucenia wyzwania Borussii w Dortmundzie zakończona hokejowym - budzącym w świecie zdumienie - wynikiem 4:8. I rozmaite uwagi natury taktycznej pod adresem zespołu Legii i oczywiście trenera Jacka Magiery.
I być może suma tych wszystkich niezwykłych doświadczeń, okraszonych rozmaitymi eksperymentami, również takimi z pogranicza katastrofy, sprawiła, że Legia ze Sportingiem zagrała tak, jak zagrała. Czyli świadoma swoich zalet, ale i świadoma swoich wad. Doskonale zorientowana w walorach przeciwnika, ale też wiedząca, jak sobie z nimi radzić, jak stwarzać zagrożenie i jak się przed nim bronić. W sumie było to widowisko piłkarskie jak najbardziej, które również niezaangażowany emocjonalnie obserwator mógł sobie cenić.
Tu krótkie odniesienie personalne. To dojrzewanie Legii poniekąd kojarzy i wiąże się z dojrzewaniem, a może i wyrastaniem ponad kolegów Aleksandara Prijovicia. Odkąd trenerem Legii jest Jacek Magiera, zyskał on status zawodnika podstawowego, a nie zmiennika. I pokazuje, że na to zasłużył, choć dzieje się to kosztem takiego killera, jakim jest Nemanja Nikolić. Tylko że to killer na skalę krajową, polską konkretnie, a nie zagraniczną. Prijović ze swoimi warunkami, szybkością, umiejętnością znalezienia się pod bramką, a i dogrania piłki (patrz bramka dla Legii w meczu ze Sportingiem), ma coraz częściej znamiona piłkarza klasy międzynarodowej.
Tematem na osobne rozważania jest to, czy przygoda Legii z Ligą Mistrzów musiała się toczyć aż tak rozwichrzonymi torami - abstrahując od tego, jakiej klasy rywali miała i... co działo się na trybunach i poza nimi - czy tego spokoju i po prostu grania w piłkę nie mogło być już wcześniej. Odpowiedzi na tę kwestię muszą jednak udzielić sobie już w samej Legii i niekoniecznie wyłącznie w szatni zawodników.

Z tej samej kategorii