„Rudy” i nasz stres

Triumf Zbigniewa Bońka był widoczny nie tylko w sali obrad.
 /  fot. Rafał Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

Gdyby tak pobieżnie - procentowo - policzyć głosy oddane na Zbigniewa Bońka w... komentarzach internetowych, które pojawiły się pod wszelkimi informacjami związanymi z wczorajszym zjazdem i wyborami w PZPN, to okazałoby się, że jest ich 99,99 procent.


Ten ułamek pozostawiam dla... błędu statystycznego, wynikłego z tego, że nie sposób było przeczytać wszystkie komentarze, na wszystkich portalach. Zgoda, pośpieszny zabieg liczenia głosów za Bońkiem lub przeciw niemu obarczony był sporą dozą powierzchowności, ale czy wskazania, o których powyżej, aż tak bardzo różnią się od precyzji rozmaitych sondaży prowadzonych (głównie na użytek partii politycznych i ich roli w wyborach parlamentarnych) przez wyspecjalizowane pracownie? Czyli OBOP-y, Ibrisy i kogo tam jeszcze wciągniemy na tę listę? Otóż z góry można założyć, że nie - nie różniłyby się, a jeśli już, to co najwyżej rozmiarami zwycięstwa Bońka w oczach opinii publicznej. Znacznie bardziej miażdżącego niż to, z którym mieliśmy do czynienia na zjazdowej sali.
Co to oznacza, oprócz tego, że naród lubi, ceni, a w dużej części zapewne nawet wielbi Bońka? Oznacza to mianowicie, że jakikolwiek inny wynik wyborów odebrany zostałby w społeczeństwie jako środowiskowy sabotaż, zdrada, zamach na polską piłkę. Czyli jako działanie przeciwko jej interesom, a za to należy się kula w łeb.
Mam w związku z tym prawo mieć graniczące z pewnością przekonanie, że jakiekolwiek inne rozstrzygnięcie, niż wybór Bońka - czyli wskazanie przez większość delegatów na Józefa Wojciechowskiego - byłoby zalążkiem powszechnego bojkotu wszystkiego, co nowa ekipa zdołałaby wymyślić. Absolutnie w jej potencjalnych poczynaniach nie zakładałbym i dopatrywałbym się złej woli, złej wizji, prywaty (złej z samej swojej istoty), ale ze znikomym lub zerowym poparciem społecznym realizacja najlepszych nawet planów byłaby albo utrudniona, albo od razu diabli by ją wzięli.
Nie da się bowiem funkcjonować w jakimkolwiek organizmie, a już zwłaszcza w tak szczególnym, jak ten piłkarski, bez minimum akceptacji i tolerancji, o sympatii już nie wspominając. No i z narażeniem na nieustające ataki medialne. Nie łudźmy się - Boniek akurat w mediach wypracował sobie tak silną pozycję, że ci, którzy by wybory wygrali, i ci, którzy zwycięzców by wsparli, z góry staliby na przegranych pozycjach. Ostra jazda zaczęłaby się jeszcze wczoraj, przed końcem zjazdu... Zakład?
A więc dobrze, że „Rudy” wygrał. Nie tylko dlatego, że jego poprzednią kadencję wypada pochwalić - przynajmniej z punktu widzenia kibica reprezentacji - i nie tylko dlatego, że jest postacią znaną i cenioną na całym świecie, co sprawia, że właściwie wszystkie drzwi stoją przed nim otworem; ale przede wszystkim dlatego, że otrzymaliśmy w ten sposób gwarancję względnego (całkowitego sport nie znosi) spokoju w PZPN-ie i wokół niego. Każdy inny przypadek byłby zapowiedzią wojny.

 

Z tej samej kategorii