A teraz Ruch zatańczy na linie

Porażka z Koroną oznacz duże kłopory dla chorzowian.
 /  fot. Rafal Rusek  /  źródło: Pressfocus

Wygrana nad Koroną Kielce była w poniedziałek bardzo realna. Nie doszło do niej chyba dlatego, że po ostatnich zawirowaniach piłkarze Ruchu mają bałagan w głowach. To zapewne przełożyło się na ich grę.

 

Od reformy ligowej, czyli od 2013 roku, kielczanie tylko raz wygrali z „Niebieskimi”. W sezonie 2014/15 przy Cichej padł wynik 1:0 dla gości - napisaliśmy we wczorajszym wydaniu „Sportu”. Tak na logikę, ta seria powinna była znaleźć kontynuację na stadionie Korony. Nie ona zresztą jedna. Ruch miał prawo, obowiązek nawet, objąć prowadzenie w tym meczu - mowa oczywiście o szansie Miłosza Przybeckiego - tymczasem wiele wskazuje na to, że właśnie owo pudło roku (dekady?) wprowadziło w szeregi chorzowian niepojęty chaos, z którym nie zdołali sobie poradzić już do końca. Ale czy tylko to pudło?
Gwoli prawdy, gospodarze przystosowali się do zasady gry polegającej na tym, by kopnąć piłkę i... może coś się wydarzy, ale przynajmniej od czasu do czasu zagrażali bramce Libora Hrdliczki. Ten dwoił się i troił, wielokrotnie ratował z opresji drużynę i był bodaj najjaśniejszą postacią tego meczu. Lecz w końcu przepuścił jedną piłkę, co poprzedziły wydarzenia będące niejako symbolem wszystkich wczorajszych wydarzeń: chaos na połowie Ruchu, bezsensowna strata Martina Konczkowskiego, a na koniec rykoszet - odbicie od Rafała Grodzickiego - po strzale Aankoura.


I tu można byłoby zastosować swoistą „psychologiczną parabolę”. Otóż ów boiskowy bałagan mimowolnie skojarzył się z sytuacją w klubie, z kulminacją w postaci strajkowego zamieszania, które wystąpiło w miniony czwartek. I nawet jeśli wszyscy z Cichej będą się zarzekać, że absolutnie nie przeniosło się ono na postawę zespołu, to trudno będzie dać temu bezwzględnie wiarę. Kłopoty w klubie muszą bowiem zostawiać ślad w głowach, rozbudzać coś, co nazywamy bezładną gonitwą myśli, a i samo podjęcie czynnej strajkowej akcji nie mogło pozostać bez wpływu na stan ducha zawodników. Nikt nie zaprzeczy, że bardzo się oni w Kielcach starali, ale te starania znaczone były swego rodzaju niepokojem, niepewnością i związanym z tym wrażeniem niechlujstwa.


Efekt? Kac w kolorze niebieskim. Bo przecież tylko zwycięstwo pozwalało chorzowianom zachować odrobinę szans na górną ósemkę, na związany z tym święty spokój i... większe pieniądze z tytułu lepszej lokaty na koniec rozgrywek. Tego nie będzie, więc zadanie „na już” jest takie: zrobić porządek w głowach. Tak by rywalizacja o utrzymanie nie kojarzyła się z rozpaczliwym tańczeniem po linie.

Z tej samej kategorii