A na końcu był chaos

Nie w każdym spotkaniu Lewandowski swoją skutecznością będzie nam w stanie ratować tyłki, a Grosicki włączać to swoje nadzwyczajne turbodoładowanie.

Arkadiusz Milik
 fot. Michał Chwieduk  /  źródło: 400mm

Jasne, cieszymy się. Wygraliśmy w sobotę z Danią, po dwóch meczach w rywalizacji o Rosję 2018 mamy 4 punkty, Robert Lewandowski po raz kolejny pokazał, że jest wielkim napastnikiem, którego wszyscy bez wyjątku muszą się bać... No i wystarczy tej radości. Jutro mecz z Armenią, który też należy i wypada wygrać, a jeszcze trzeba będzie sobie poradzić bez Arkadiusza Milika. Teraz i jeszcze przez kilka najbliższych miesięcy, co w równym, albo w jeszcze większym, stopniu martwi trenera Napoli.

 

A tej radości wystarczy, bo trzeba pamiętać, że znowu najedliśmy się strachu; że ze strefy spokoju, jaką było prowadzenie najpierw 2:0 po I połowie (jak w Kazachstanie - nie sposób nie pamiętać), a później nawet 3:0, wpadliśmy w otchłań pełną nerwów, niepewności, a w sumie wątpliwości co do rozwiązań, jakie przyjęliśmy. No dobra, w Kazachstanie mogli nasi pomyśleć - prowadząc, wydawało się, pewnie - że rywal już się nie podniesie.

 

Ale w Warszawie nie mogli tak pomyśleć, chociażby z szacunku dla przeszłości rywali, całkiem przecież niedawnej, i z pełną świadomością ich dzisiejszych zalet, bo przecież nie przez przypadek grają na przykład w Premier League. A tam - wiadomo - jakie standardy: zasuwa się od 1 do 90, a raczej do 94 lub 95 minuty.

 

Tak czy owak trzeba się zdobyć na refleksję nad tymi dwoma meczami, ze szczególnym uwzględnieniem drugich połówek. Refleksję taktyczną, personalną, może i psychologiczną. Ostatecznie nie w każdym spotkaniu Lewandowski swoją skutecznością będzie nam w stanie ratować tyłki, a Grosicki włączać to swoje nadzwyczajne turbodoładowanie.

 

Ta refleksja musi być bardzo intensywna chociażby w kontekście pozostałych sobotnich wyników w naszej grupie: Rumunia bez litości łoi Armenię na jej terenie, a Czarnogóra z równą intensywnością łomocze Kazachstan. I jeszcze warto wrócić do pierwszej rundy rywalizacji w naszej grupie, kiedy to Dania z niejakim wysiłkiem i nie bez stresu pokonała u siebie Armenię (1:0).

 

Nawet wziąwszy pod uwagę to, że każdy mecz jest inny, wypada doszukać się w tych wynikach jakichś prawidłowości i wyciągnąć taki (banalny) wniosek, że w następnych meczach może być tylko trudniej. Tym trudniej, im... łatwiej trwonimy to, co w pocie czoła wypracowujemy. Już zresztą rozpętała się dyskusja, czy jakikolwiek sens miała zmiana ustawienia naszej drużyny podczas meczu w Warszawie; czy za kontuzjowanego Milika nie powinien wejść kolejny napastnik, a nie Karol Linetty.

 

Dyskusja zresztą uzasadniona, bo trudno było nie odnieść wrażenia, że samotność „Lewego” z przodu była zbyt dokuczliwa, a próba zamknięcia środkowej strefy boiska przez dodanie do niej pomocnika dość w swoich skutkach problematyczna. Już lepiej, kiedy nas się boją, bo narzucamy swoje warunki gry, niż kiedy to my sygnalizujemy, że się boimy i chcemy tylko przeszkadzać rywalom w kreowaniu przez nich gry.

 

Nawet jeśli ta kreacja kojarzy się z chaosem, bo i jemu przeciwdziałamy z niejakim trudem.

Z tej samej kategorii