Lewczuk miał szczęście, że trafił do Ruchu

Igor Lewczuk
 /  fot. Paweł Andrachiewicz  /  źródło: Pressfocus

Historia Igora Lewczuka jest pouczająca, dowodząca, że przy dużej dozie samozaparcia, pracowitości i znalezieniu na swojej drodze odpowiednich ludzi, da się dojść do miejsc, które dla zwykłego śmiertelnika mogą być co najwyżej odległym

Przeczytałem na portalu gazeta.pl artykuł o Igorze Lewczuku. Ni to, reportaż, ni to wywiad. Ale ciekawy. Piłkarz wspomina, że kiedy był w wieku Arkadiusza Milika zbierał truskawki, czasem „kelnerował”, czasem odśnieżał, a w sumie to studiował (na warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego) i grywał w IV-ligowym Hetmanie Białystok, na którego mecze dojeżdżał ze stolicy. Dostawał 300 zł za miesiąc, 60 zł za wygrany mecz i zwrot kosztów podróży. Na jakieś typowo studenckie przyjemności pewnie w sam raz.
Potem, w Zniczu Pruszków, spotkał się z Robertem Lewandowskim, który pojawił się tam - niechciany w Legii Warszawa - świeżo po kontuzji. Najbardziej zapamiętał, że już wtedy „Lewy” umiał się zastawiać i że przez jego plecy trudno było się przebić. Co dopiero dzisiaj... Następnie mowa jest już o Francji, o Bordeaux, o tym, jak bardzo zadowolony jest z życia i grania tam, o miłych sąsiadach i „strasznie fizycznych” napastnikach ligi francuskiej.
Dzisiaj Lewczuk może powiedzieć o sobie, że jest nie tylko graczem jednej z najlepszej lig w Europie, ale i reprezentacji Polski, choć z żelaznej jedenastki nie zdołał - może nigdy nie zdoła - wygryźć Michała Pazdana, ani tym bardziej Kamila Glika. Ale uwzględniając opóźniony jak rzadko start do kariery - niemal wykluczający osiągnięcie szczytów - może być zadowolony. Bardzo zadowolony.
Historia sama w sobie ciekawa i jakże pouczająca. Lewczuk po Zniczu Pruszków wylądował na sezon w Zagłębiu Lubin, a sama długość grania w tym klubie świadczy, że za mocnej pozycji sobie tam nie wypracował. Potem wylądował w Jagiellonii, w której zakotwiczył na trzy lata, ale i stamtąd w końcu się go pozbyto. Poszedł na wypożyczenie do Piasta Gliwice, a potem – znów w roli wypożyczonego – do Ruchu Chorzów. I to był przełom... Nagle ze średniaka, rzucanego to tu, to tam, raczej wypychanego z kolejnych klubów - tych o większych aspiracjach - niż usilnie zatrzymywanego, stał się czołowym obrońcą ligi, niezbędnym oczywiście przy Cichej, a zarazem obiektem szerokiego zainteresowania. Ruch, niestety dla tego klubu, z najbardziej oczywistych, czyli organizacyjno-finansowych względów, łatwo przebić, czyli skusić wyższymi zarobkami, co też się stało. Lewczuk po dwóch „niebieskich” sezonach znalazł się w Zawiszy Bydgoszcz, a po kolejnym roku już w Legii Warszawa. I to jako jej zawodnik znalazł się w reprezentacji, i to z niej przeniósł się do Girondins Bordeaux.
Jak się rzekło, historia pouczająca, dowodząca, że przy dużej dozie samozaparcia, pracowitości i znalezieniu na swojej drodze odpowiednich ludzi, da się dojść do miejsc, które dla zwykłego śmiertelnika mogą być co najwyżej odległym, właściwie nie do zrealizowania marzeniem. Lewczuk sam mówi, że stracił kilka lat kariery, że gdyby z pewnych rzeczy - studiów? - zrezygnował, być może byłby w tym miejscu, w którym jest w tej chwili, nieco wcześniej i miałby jeszcze czas, by myśleć o kolejnych celach.
W zwierzeniach Lewczuka nie było odniesień do polskich klubów ekstraklasowych, w których spędził kilka lat i przeżywał różne chwile. Trochę szkoda, bo taka analiza mogłaby być ciekawa i też wielce pouczająca. Bo skąd to nieszczególne powodzenie w Zagłębiu Lubin? Skąd nieszczególnie mocna pozycja w Jagiellonii Białystok? Skąd wypożyczenia do klubów niżej notowanych (Piasta i Ruch)? I wreszcie - skąd to „odpalenie” w Ruchu właśnie, który skądinąd za zasługi w budowaniu i odbudowywaniu piłkarzy powinien dostać „karny nakaz” przygarniania wszystkich tych, którzy nie umieją odnaleźć się gdzie indziej. Przykładami można byłoby rzucać z rękawa, a przy okazji nisko się kłaniać Waldemarowi Fornalikowi.
Przypadek Lewczuka jest jak wskazówka i pocieszenie dla wszystkich piłkarzy - tych oczywiście, którzy bardzo chcą - by podtrzymywać w sobie wiarę w lepsze dni i ducha nie gasić. Słońce zawsze jeszcze może zaświecić, niekoniecznie nad winnicami w Bordeaux.

Z tej samej kategorii