Czekając na imprezę życia

Dokładnie za miesiąc, 9 lutego, rozpoczną się igrzyska olimpijskie w Pjongczangu i... kolejna faza rozgrywek polskiej piłkarskiej ekstraklasy. Dla jednych sportowców zacznie się impreza życia, dla innych rutynowy ciąg dalszy wędrówki od stadionu do stadionu.

66. TCS w Bischofshofen
 fot. Tadeusz Mieczyński  /  źródło: Pressfocus

W przypadku piłkarzy będzie to ostatnia i decydująca przymiarka do próby zmieszczenia się w kadrze na finały mistrzostw świata w Rosji. A więc i do występu na... imprezie życia.

Ale ilu piłkarzom występującym w polskiej lidze świadomość tej szansy może przyświecać? Trzem? Czterem? Pięciu? Jakkolwiek liczyć, bardzo niewielu, co nie zmienia faktu, że i tak bardzo będą musieli się starać, by dostąpić zaszczytu reprezentowania Polski na mundialu.
Ważnym elementem na tej drodze są przygotowania do wiosennych gier, które w większości klubów zainaugurowano wczoraj. W dniu, w którym zapewne na wszelkie możliwe sposoby komentowano sukcesy Kamila Stocha na Turnieju Czterech Skoczni, ze szczególnym uwzględnieniem ich wymiaru historycznego.

Trudno bowiem sobie wyobrazić, by zawodowy sportowiec w ten czy inny sposób nie odnosił się do osiągnięć innego sportowca, zwłaszcza rodaka; i nic to, że ten sportowiec reprezentuje inną branżę. Kto wie, może również dyskutowano o tym, że Łukasz Kubot po raz pierwszy w swojej karierze i po raz pierwszy w dziejach polskiego tenisa, wspiął się na sam szczyt rankingów w swojej dyscyplinie?
Chęć nawiązania do ich osiągnięć powinna być odruchem najbardziej naturalnym. Powinna... Ale czy jest? Jeśli przypomnieć sobie – a nie jest o to aż tak bardzo trudno – jak wygląda codzienność w polskiej ekstraklasie, na jakim poziomie toczy się sporo (większość) meczów, jaką rolę odgrywają nasze kluby w europejskich pucharach, to nie sposób nie mieć wątpliwości. Jak gdyby nie było widać dążenia do szczytów, a raczej dojmujące samozadowolenie z tego, co jest i jak jest.

A jest chyba fajnie, skoro Kamil Stoch za zwycięstwo w TCS skasuje po przeliczeniu ok. 290 tysięcy złotych, podczas gdy spora część biegających po naszych ligowych tyle może dostać z tytułu kontraktu nawet w ciągu trzech miesięcy. No, ci nieco słabsi za pół roku. Można zaryzykować tezę, że dla skoczka z Zębu są to pieniądze wypracowane niezwykle ciężko i niewykluczone, że już się nie powtórzą, nawet jeśli za miesiąc z okładem w Pjonczangu będzie sięgać po kolejne trofea; przeciętny zaś polski piłkarz dojdzie do nich zasadniczo bez większych... przeciążeń psychicznych, a na dodatek z wielokrotną powtarzalnością. Jakby co, najwyżej trenera mu zmienią...

Widać z tego tę oczywistość, że finanse nie mogą stanowić punktu odniesienia. Tym punktem muszą być marzenia - na przykład o miejscu w kadrze na finały piłkarskich MŚ - chęć nieustannego doskonalenia się, dążenie do bycia tam, gdzie są najlepsi...
Ale to tylko taka naiwna, życzeniowa refleksja - w dniu, w którym znów zaczęto kopać piłkę.

Z tej samej kategorii