Stworzeni do wyższych celów

Pilka nozna. Eliminacje do MS 2018. Polska - Rumunia. 10.06.2017
 fot. PIOTR KUCZA  /  źródło: newspix.pl

Mało znacząca, ale na swój sposób symboliczna scenka z 70 minuty meczu z Rumunią: jeden z rywali dośrodkowuje w nasze pole bramkowe, piłka ląduje na głowie Artura Jędrzejczyka, który ze spokojem zagrywa do Macieja Szczęsnego.

Powtórzmy - w polu bramkowym, gdzie zasadniczo powinien być wielki tłok, typowe dla tej części boiska przepychanie się, pociąganie za koszulkę, mniej czy bardziej udane symulowanie faulu. Ale nie – Jędrzejczyk mógł nieatakowany zagrać właśnie w ten sposób.
Można rzec, że Rumuni w tym momencie mogli mieć dość wszystkiego – przegrywali już 0:3 – i największym ich marzeniem było nie to, by przeszkadzać Jędrzejczykowi, lecz by zejść z boiska i ten swój koszmar zakończyć. W istocie, ten koszmar mógł być dla nich większy, gdyby polski zespół aż tak bardzo nie... zasłuchał się w „Mazurku Dąbrowskiego” śpiewanym przez widzów na stadionie. Był to moment ewidentnego rozkojarzenia, przekonania, że już nic złego stać się nie może, a w sumie luzu, niewątpliwie nadmiernego. I to głównie za jego przyczyną straciliśmy jedną jedyną bramkę.
Więcej przykrości już nie zaznaliśmy. Z perspektywy wyniku nie zaznaliśmy jej wcale – ani przed stratą owej bramki, ani też po niej; przeżyliśmy natomiast po raz kolejny radosne pikanie serc, bo i trzy punkty mamy więcej, i Rosja jest już naprawdę na wyciągnięcie ręki. I doświadczyliśmy (a może doświadczył tylko wyżej podpisany?) jeszcze jednego uczucia, konkretnie uczucia pewności, że tej drużynie – przynajmniej w sobotni wieczór – żadna krzywda stać się nie może, a zwycięskie bramki są tylko kwestią czasu. Pewność ta niewątpliwie wynikała z prezentowanego od początku sposobu gry, właściwego dla zespołów świadomych swojej wartości, z dorobkiem może nie największym, ale już na tyle pokaźnym, by piłka nie plątała się między nogami. I jeszcze z tego, że Rumuni wyglądali na z lekka przestraszonych, boleśnie świadomych przewag rywala.
Można było mieć nawet jeszcze innego typu skojarzenie, takie mianowicie, że zaczynamy podzielać uczucia doskonale znane chociażby kibicom hiszpańskim, niemieckim, francuskim, a w przeszłości (nieodległej przecież) holenderskim czy angielskim, tak bardzo pewnych umiejętności swoich piłkarzy, że niewiele w trakcie poszczególnych meczów mogło ich wyprowadzić z równowagi lub sprawić, że serca dygotały ze strachu. No! Przyznajcie! Dygotaliście w którymś momencie w sobotni wieczór? Dopadły was jakiekolwiek wątpliwości?
Przyjmijmy, że tę pewność z zasady daje nam Robert Lewandowski (bo zawsze coś strzeli). Ale też wielu innych graczy skwapliwie kroczy drogą „Lewego”. Nie będę się bawił w indywidualne cenzurki – znajdziecie je zresztą obok – nie umiem jednak obojętnie przejść obok Piotra Zielińskiego, którego widzenie i czytanie pola gry, technika, a nade wszystko asysty - w tym niezwykle ważne asysty „drugiego stopnia” - pozwalają lepiej zrozumieć medialny szum wokół transferu do klubu jeszcze silniejszego niż Napoli.
To właśnie tego typu gracze, z kiepskimi ubiegłorocznym cenzurkami za występy na Euro 2016 - albo po prostu z drugiego czy jeszcze dalszego reprezentacyjnego planu - sygnalizujący dzisiaj potężny postęp, zaczynają dodawać spokoju kibicom. Co idzie w parze ze świadomością, że mamy – i nadal będziemy mieć - zespół stworzony do wyższych celów.

 

Z tej samej kategorii