Szukając uczciwego kupca

Doświadczenia ze sprzedażą Wisły wszystkim muszą dawać do myślenia.
 /  fot. Michał Kość  /  źródło: Pressfocus

Przyjmijmy, że miasto – jedno z drugim - idąc w ślady chociażby Bogusława Cupiała, decyduje się na sprzedaż klubu. W tym momencie pojawia się najbardziej banalne pytanie: kto miałby być nabywcą?

Korzystam z sugestii redakcyjnego kolegi, Darka Czernika, by postawić pytanie, jakie wnioski należy wyciągnąć z przypadków, jakie niedawno dotknęły Wisłę Kraków, a dotyczących niefortunnej zmiany właścicielskiej: Bogusława Cupiała na Jakuba Meresińskiego. Wyszło śmiesznie, ale zarazem tak straszno, że trzeba było podjąć gwałtowne ruchy ratunkowe, by krakowski klub w ogóle jeszcze mógł występować w ekstraklasie. A i tak nie wiadomo, co będzie za kilka lub kilkanaście tygodni. Stabilizacja? Marsz w górę? A może równia pochyła?
Piszę o tym dlatego, że w grę wchodzi rodzaj odpowiedzialności nie tylko za trwanie tego czy innego klubu, za tradycje, ale i za uczucia dziesiątek, albo i setek, tysięcy kibiców. Nie sugeruję w podtekście, że Cupiał nie wykazał się odpowiedzialnością. Może stracił po kilkunastu latach cierpliwość, może serce, a na pewno miliony złotych, których w żaden sposób już nie odzyska. I może zwyczajnie nie było już go stać na tę filantropię, a oddanie Wisły było dla jego interesów, i dla niego osobiście, mniejszym złem.
Nie miał tego typu rozterek Józef Wojciechowski, rozstając się z Polonią Warszawa, którą wcześniej obficie karmił, windując jednocześnie wewnątrzpolskie transfery na poziom niebotyczny. Dla Polonii rozwód z Wojciechowskim skończył się czwartą ligą, a obecnie borykaniem się w II lidze, co i tak - patrząc chociażby na przypadki łódzkich klubów, Widzewa I ŁKS-u - stanowi postęp.
Piszę o tym wszystkim w kontekście pretensji kierowanych (z różnych zresztą stron, ministra sportu nie wyłączając; vide głośny spór o finansowanie GKS-u Tychy) pod adresem wielu władz miejskich, że pozwalają sobie na bezsensowną rozrzutność, sprowadzającą się właśnie do utrzymywania z własnych budżetów klubów sportowych. Argumenty oponentów takiego stanu rzeczy są rozmaite i oczywiście mają oni rację twierdząc, że wsparcia wymagają szkoły, przedszkola, szpitale itd., ale spotykają się one z równie słusznym odporem, u podstaw którego leży promocyjna (dla miast) funkcja klubu. A także zapewnienie rozrywki dla wielotysięcznej rzeszy kibiców.
Przyjmijmy teraz, że miasto – jedno z drugim, idąc w ślady chociażby Bogusława Cupiała i chociażby Józefa Wojciechowskiego – decyduje się na sprzedaż klubu. W tym momencie pojawia się najbardziej banalne pytanie: kto miałby być drugą stroną transakcji, nabywcą po prostu? Pytanie łatwe, tylko że odpowiedź bardzo złożona, na co wskazują wspomniane wyżej przypadki innych zasłużonych klubów. W swojej istocie są one (przypadki) dramatyczne, dające do zrozumienia, że nie ma rynku polskich klubów sportowych. Świadczą o tym chociażby wieloletnie starania władz Kielc, by coś zrobić z Koroną i by jej... nie utopić.
Idąc dalej załóżmy, że Zabrze chce się pozbyć Górnika, Gliwice Piasta, Katowice i Tychy swoich GKS-ów. Itd. I albo - odcinając je od miejskiej kroplówki - automatycznie spychają je na sportowe peryferia, albo znajdują partnera pokroju... niedoszłego właściciela Wisły Kraków. Zakładam, że rozmiary domniemanej awantury przekraczają moją wyobraźnię. Rozwalanie wspólnego dobra, symboli miast, nieodpowiedzialność, no i głupota - to pierwsze z brzegu zarzuty, jakie mogłyby pod adresem miejskich władz się pojawić. A za nimi zapewne stosowne zgłoszenia do organów ścigania, w tym prokuratury.
Można oczywiście rozumieć, z jednej strony, dyskomfort kibiców, którzy czekają na nawiązanie do najlepszych lat swoich ukochanych klubów (i czekają daremnie), z drugiej dyskomfort tych, którzy ich utrzymywanie traktują jako bezsensownie kosztowny kaprys (no bo tyle jest innych potrzeb...). Ale też trzeba przyjąć, że w kleszczach są same władze miejskie. Pewnie i chętnie pozbyłyby się tego rodzaju sportowego balastu - a równie chętnie kosztów związanych z budową i utrzymaniem infrastruktury – ale wszystkie dotychczasowe doświadczenia wskazują, że ryzyko i odpowiedzialność związane ze sprzedażą klubu są znacznie większe i kosztowniejsze niźli jego utrzymywanie.

Z tej samej kategorii