Niech się martwią esteci

Dzisiejszy świat to nie czas i nie miejsce dla pięknoduchów. Świat kocha umięśnionych, wytatuowanych, wrzeszczących, często zwyczajnie wulgarnych gladiatorów. Kocha tym bardziej, im bardziej zdołają swojego rywala upokorzyć i upodlić, im więcej ciosów padnie, im więcej krwi się poleje.

Damian Janikowski vs Antoni Chmielewski
 fot. KSW

Przeddzień Wigilii, komplet widzów na trybunach, wielkie mordobicie i takież emocje. Tak wyglądała Konfrontacja Sztuk Walki nr 41 w katowickim „Spodku”.
Teoretycznie powinno się wyrazić wielkie zdumienie. Począwszy od pochylenia się z troską nad przelaną krwią, nad towarzyszącą temu ekstazą na trybunach, nad (często graniczącym z infantylizmem) wygrażaniem sobie przez zawodników - przed i po walkach, albo i ustawkach; nie wiem - wreszcie nad tym, że aż tylu facetów żony i dziewczyny puściły na takie widowisko w dniu poprzedzającym ten, „w którym gasną wszelkie spory”. A pewnie przyjechali nie tylko z okolic Katowic, ale i całej Polski.
To wielkie zdumienie przynależy jednak wyłącznie estetom i pięknoduchom, którzy najwyraźniej coraz gorzej mieszczą się w dzisiejszym świecie. Nie ich czas, nie ich miejsce. Świat kocha umięśnionych, wytatuowanych, wrzeszczących, często zwyczajnie wulgarnych gladiatorów. Kocha tym bardziej, im bardziej zdołają swojego rywala upokorzyć i upodlić, im więcej ciosów padnie, im więcej krwi się poleje.
Powie ktoś, że tak przecież było zawsze, co najmniej od czasów starożytnego Rzymu, gdzie pospólstwo w ramach daniny na jego rzecz ze strony władców, zwanej skrótowo „chleba i igrzysk”, otrzymywało wszelkie odmiany walk gladiatorów. Tylko że tamci najczęściej walczyli o życie. Esteta powie - tak, ale czasy były inne. I przecież ludzkość zrobiła od tamtej pory miliony kroków naprzód, zrewolucjonizowała Ziemię i swoje życie pod każdym względem, podbiła drobną część kosmosu, niektórzy nawet na Księżycu byli, a w sumie jakby się wyedukowała, co powinno sprzyjać również mentalnemu skokowi...
No ale najwyraźniej nie sprzyja. Żądza krwi, cudzej oczywiście, jest wciąż przemożna i - o ile ludzkość da sobie szansę na przeżycie - najwyraźniej będzie aktualna za kolejnych tysiące lat. Bo widocznie nie da się zmienić instynktów. Esteta złośliwie dopowie: tych najniższych.
W tym kontekście na swój sposób zabawna była polemika na Twitterze pomiędzy szefem sportu w TVP a przedstawicielami KSW. Ten pierwszy napisał: „Podobno Strachu pobił Popka. A później do akcji włączył się Szpila. Często pytacie kiedy w @tvp będzie @MMA. Nie będzie. Pozdrawiam”. Ci drudzy odpowiedzieli: „Nie jesteśmy zainteresowani zmianą partnera, od lat jest nam dobrze w @cyfrowy_polsat. Pozdrawiamy”.
Zapoczątkowało to dłuższą wymianę zdań, również ze „stron trzecich”. A w tle oczywiście wrażenia (nie)estetyczne, których telewizja publiczna jakoby chciała oszczędzić swoim abonentom, i... pieniądze, które niechybnie zarabia Polsat, niekryjący zresztą, że zaspokaja niekoniecznie najbardziej wybredne gusta, i nie tylko o sport chodzi.
Tym jednak, co najbardziej przykuło moją uwagę w związku z galą w Katowicach, była efektowna, zwycięska obecność ekszapaśnika, brązowego medalisty igrzysk w Londynie, Damiana Janikowskiego. Człowieka, który rejteradą z dyscypliny olimpijskiej do MMA dał sporo do myślenia. Nie tylko swojemu „macierzystemu” środowisku zapaśniczemu i nie tylko Polskiemu Komitetowi Olimpijskiemu, które musiały przełknąć gorzką pigułkę i pogodzić się z odejściem Janikowskiego ze swojej rodziny. Także całemu środowisku dyscyplin olimpijskich, nie wprost podkreślając problem ich niedoinwestowania, może nawet marginalizowania. To dlatego w dyscyplinach tzw. siłowych obserwujemy stałą ucieczkę zawodników do MMA, gdzie najwyraźniej finansowe gwarancje są znacznie lepsze, pewniejsze, a i... zainteresowanie ludzi i mediów dużo większe.
Janikowski nigdy zresztą nie ukrywał motywów swojego wyboru, mając świadomość, że tkwiąc w zapasach, a nawet zdobywając w tej dyscyplinie kolejne medale olimpijskie - o co przecież bardzo ciężko - nie wybije się na „finansową niepodległość”. A i sława taka raczej krótkotrwała. Tę samą świadomość mają jego przenoszący się do MMA koledzy z dżudo, boksu, podnoszenia ciężarów... Konkurencja w ich dyscyplinach wielka, pieniądze średnie, kariera niepewna.
A że KSW kojarzy się z mordobiciem, po którym krew się leje? Tym niech się martwią esteci...

 

Z tej samej kategorii