Igrzyska w wielkiej chmurze

O organizację igrzysk olimpijskich w 2024 roku ubiegają się Los Angeles i Paryż. Dwa miasta... W przeszłości bywało, że kandydatów było sześciu, siedmiu, czasem więcej. Dzisiaj - powtórzmy - dwa. Czy świadczy to o pełzającym światowym kryzysie gospodarczym? Czy raczej o pełzającym kryzysie igrzysk olimpijskich w takim wydaniu, z jakim mamy do czynienia w XXI wieku?

Flaga olimpijska, MKOL
 fot. Eddy Lemaistre  /  źródło: AFP

Z tym kryzysem gospodarczym to właściwie niewiele wiadomo. Pieniądze gdzieś są, w chmurze jakiejś, w każdym razie szarzy ludzie tego nie doświadczają albo doświadczają w stopniu minimalnym, często niedostatecznym. W stopniu dostatecznym doświadcza tego jeden, albo - niech będzie - pięć procent populacji, która zgarnia 90 i więcej procent światowych zasobów w postaci dolarów, euro, złota, diamentów i co tam sobie jeszcze wymyślimy. Ale nikt też chyba nie słyszał, żeby bogacz jeden z drugim, Bill Gates dla przykładu, chciał rękę przyłożyć do jakichkolwiek gdziekolwiek igrzysk; choć oczywiście chwali się powszechnie charytatywną działalność twórcy Microsoftu.
Tak się porobiło, że nawet bogate w teorii i praktyce miasta, które w niedalekiej przeszłości zamierzały wystartować w wyścigu o prawa organizacji IO - Monachium, Rzym, Oslo - wycofały się rakiem. Trochę obawiając się nadszarpnięcia własnego budżetu, trochę towarzyszącego igrzyskom bałaganu, trochę inwestycji, z którymi nie wiadomo, co zrobić, ale w największym stopniu gniewu lokalnego ludu, który w swojej masie takich wydarzeń sobie nie życzy. Co tu dużo gadać, przerabiał to i Kraków, choć teoretycznie wszyscy w Polsce (i prastarej stolicy) powinni być głodni goszczenia światowej czołówki sportowej i nie ma znaczenia fakt, czy zimą, czy latem. Powinni być głodni, ale już nie są. Może gdyby taka perspektywa pojawiła się 20 lat temu, to pytań by nie było. Ale te 20 czy więcej lat temu kandydatów do organizacji igrzysk było wielu. Zbyt wielu.
No więc o niedostatek pieniędzy chodzi, czy raczej o kryzys tolerancji dla rozpasania, gigantyzmu, a w sumie dla krótkotrwałego efektu, z długofalowymi, niekoniecznie sympatycznymi konsekwencjami? Odpowiedź wydaje się oczywista. O ile same igrzyska bawią świat, o tyle w małym - i coraz mniejszym - stopniu bawią tych, u których to się dzieje, a którzy są najbardziej świadomi kosztów, jakie trzeba było ponieść. Niekoniecznie wyłącznie w finansowym wymiarze, także szeroko rozumianym - społecznym. Tego typu sceptycyzm pogłębiają powtarzające się od wielu lat obrazki z miast organizujących igrzyska. Głównym motywem tych obrazków są niszczejące, nieznajdujące żadnego zastosowania obiekty sportowe, często-gęsto zresztą wznoszone z myślą o dyscyplinach niszowych, mało komu znanych, „obcych kulturowo” gospodarzom, ale mających na tyle dużą siłę przebicia w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim, że zdołały się znaleźć w programie igrzysk. Nie wiadomo, ku czyjej (oprócz najbardziej zainteresowanych) uciesze, no ale się znalazły. Mimo tego typu doświadczeń, ten trend zdaje się nasilać, skoro do programu igrzysk w Tokio w 2020 roku dokooptowano baseball/softball, karate, skateboarding, surfing i wspinaczkę sportową. Wygląda na to, że Paryż i Los Angeles pogodziły się z tym, że trzeba będzie pobudować i rozbudować rozmaite obiekty, wymuszone rozszerzonym programem i nastawiły na to, że to nie koniec, bo jeszcze wiele innych dyscyplin ma ambicję znalezienia się na igrzyskach.
Ale - jak się rzekło - im większy i bardziej kosztowny moloch się z tego robi, tym zainteresowanie goszczeniem olimpijczyków spada. Już zresztą otwarcie się mówi, że jeśli wyścig o igrzyska 2024 wygra Los Angeles, to następne, w 2028 roku, przypadną Paryżowi. I na odwrót... Z czym się to kojarzy? Raczej nie z zamysłem, a krzykiem rozpaczy. Na razie i tak najgłośniej dobiega on z Rio de Janeiro, gdzie olimpijskie obiekty się walą, który to proces dzielnie wspomagają miejscowi złomiarze i inni ich pokroju. Niebawem minie rok od dnia rozpoczęcia igrzysk w tej brazylijskiej metropolii...

 

Z tej samej kategorii