Nadchodzi koniec perpetuum mobile

Cracovia Krakow - Gornik Zabrze
 fot. Krzysztof Porebski  /  źródło: Pressfocus

Hasło „rekordowe przychody klubów ekstraklasy” pobrzmiewało w rozmaitych mediach przez całą minioną środę, a i czwartek nie uwolnił się od niego, choć wypychała go już z wolna narastająca gorączka wywołana dzisiejszym meczem reprezentacji z Danią.

Owo hasło było tak aktualne dlatego, że firma EY (dawniej Ernst and Young) i Ekstraklasa SA ogłosiły dziewiąty już raport pokazujący, co też w wymiarze biznesowym dzieje się w naszej ekstraklasie.
Zdecydowanie powinien on wesprzeć wszystkich tych, którzy podejmują polemikę z określeniami, że rywalizacja w najwyższej klasie rozgrywkowej to „produkt” nadmuchany, ładnie opakowany, ale niewiele warty. No bo jak to? Coraz więcej widzów na trybunach, kluby osiągają coraz większe przychody z tytułu transferów, no i w ogóle - całościowy wynik jest na plusie.
Tyle że diabeł tkwi w szczegółach. Najbardziej przemawiający do wyobraźni jest ten, który wskazuje na łączny zysk wszystkich klubów ekstraklasy w wysokości 66 milionów zł. Rzecz w tym, że jeśli przeprowadzić nieszczególnie trudne działanie arytmetyczne, polegające na odjęciu od niego 74 milionów zarobionych przez Legię na transferach i w Lidze Mistrzów, to wyjdzie na to, że bilans mamy ujemny, konkretnie sięgający 8 milionów.
Drugim elementem, który powinien wzbudzić zainteresowanie (jeśli nie zdumienie) jest to, że na czele rankingu znalazła się Cracovia, co pozwala na ocenę, że właśnie w tym klubie prowadzi się najbardziej racjonalną politykę finansową, a zwyciężyła – jak podkreśla się w raporcie – dzięki „zróżnicowanym źródłom przychodów, trzymaniu zadłużenia w ryzach oraz bieżącej obsłudze zobowiązań”. Dodajmy tylko, że klub z ul. Kałuży w Krakowie dość rozpaczliwie bronił się przed spadkiem, co pokazuje, że możesz być sportowo chory, ale zdrowy finansowo. Oczywiście, w grę wchodzą również wszelkie inne odmiany tej konfiguracji, w tym i ta, że możesz być chory i sportowo, i finansowo.
I właśnie w tym ostatnim wariancie funkcjonuje bardzo wiele klubów ekstraklasy. I te, które spadły w minionym sezonie, i te, które walczyły do końca o mistrzostwo, i te, które borykały się ze średniactwem. Popatrzmy na Lechię Gdańsk, legitymującą się najwyższym zadłużeniem; popatrzmy na Śląsk Wrocław, którego byt – w kontekście nieudanego aktu sprzedaży – uratowała w ostatnim momencie rozpaczliwa miejska dotacja; popatrzmy na Koronę Kielce, przez długi czas dziecko niechciane, aż w końcu znalazł się niemiecki kapitał; popatrzmy na niemal całą resztę, w której budżety spinają się tylko i wyłącznie dzięki hojności miejskich budżetów.
Właściwie można byłoby już machnąć ręką i uznać, że taka jest uroda polskiej ekstraklasy i nie tylko jej. Rzecz w tym, że wiele znaków na niebie i ziemi pokazuje, że jednak mamy do czynienia z kolosem na glinianych nogach; i to kolosem, któremu głowa niespecjalnie pracuje. Dowodem na to zwłaszcza wyniki polskich klubów w europejskich pucharach, w połączeniu z radosną twórczością transferową, z której profity wynoszą bodaj wyłącznie menedżerowie, a kojarzącą się czasem nawet nie z bylejakością i nieznajomością rzeczy, ale wręcz z działaniami na szkodę klubu (klubów).
Na swój sposób podsumował bieżącą i przyszłą sytuację Marek Musiał, partner EY w dziale usług audytorskich (cytuję za PAP): „Ekstraklasa może się jawić jako przedsiębiorstwo w okresie dynamicznego rozwoju, osiągające ambitne cele biznesowe. Pamiętać jednak warto o przyczynach tych rekordów, bowiem z perspektywy czasu wyglądają właśnie na jednorazowe wydarzenia, a ich powtórzenie będzie niezwykle trudne, a już na pewno w krótkim okresie”.
Można te słowa zinterpretować tak, że nadchodzi koniec perpetuum mobile, kiedy to pojawianie się pieniędzy w klubach było związane z szeregiem wielu mniej lub bardziej przypadkowych zbiegów okoliczności, a nie na skutek racjonalnych działań.
Energia pozorna właśnie się wyczerpała. Może sprawi to, że wreszcie trzeba będzie pójść po rozum do głowy?

 

Z tej samej kategorii