Gdzie oni się podziali? Czyli piękne początki straconego pokolenia

Wzięło nas w mijającym tygodniu na sentymenty - z okazji 25-lecia zdobycia przez reprezentację polskiej młodzieży srebrnego medalu na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie. Miała być ona czymś w rodzaju cudu przemiany po okresie posuchy w piłkarskich sukcesach.

Jerzy Brzęczek był w 1992 roku kapitanem olimpijskiej reprezentacji Polski.
 /  fot. Rafał Rusek  /  źródło: Pressfocus

W finałach mistrzostw świata wcześniej zagraliśmy w 1986 roku w Meksyku, odpadając w II rundzie, cztery lata później, we Włoszech, zabrakło nas w ogóle, ale też w tymże 1990 roku chyba nikt nie potraktowałby poważnie zapowiedzi, że w finałach MŚ nie będzie nas przez kolejnych 12 lat, aż do Korei Płd. i Japonii. Co oczywiście miało dotyczyć również finałów mistrzostw Europy.

I właśnie celem zapobieżenia polskiej nieobecności w kolejnych piłkarskich imprezach w okresie poprzedzającym igrzyska w Barcelonie, podjęto próbę nowego otwarcia. Firmował to wszystko przeambitny trener Janusz Wójcik, za nim jednak stały tuzy polskiej piłki, w tym m.in. zmarły w ub. roku Henryk Loska, a także gwiazda odradzającego się rodzimego kapitalizmu - Zbigniew Niemczycki. I jeszcze Jan Krzysztof Bielecki, były premier.
Piłkarzom miało nie zabraknąć ptasiego mleczka, obiecano różne cuda, na czele ze złotymi polonezami (uwaga dla młodych - były takie produkowane w Polsce samochody, uchodzące za luksusowe) i co tam sobie możemy wyobrazić, choć oczywiście z dzisiejszej perspektywy wygląda to dość przaśnie. No ale wtedy?
Mówiąc potocznie, żarło naszym na tych igrzyskach, i w pewnym momencie - bodaj przed półfinałowym meczem z Australią - zaczęło się upowszechniać powiedzenie, że „zmieniamy szyld i gramy dalej”. Najczęściej słyszałem je z ust Jerzego Brzęczka, który był kapitanem tego zespołu, ale „prawa autorskie” należałoby chyba przypisać Januszowi Wójcikowi, który nie ukrywał, że jego marzeniem jest objęcie funkcji trenera pierwszej reprezentacji Polski i oczywiście zabrania do niej swoich chłopaków, barcelończyków. Owo zmienianie szyldu w publicystyce piłkarskiej funkcjonowało jeszcze długo po igrzyskach, przybierając wreszcie postać oskarżenia wobec ówczesnych władz PZPN, które jakoby powstrzymywały proces zdrowienia naszej piłki, nie dopuszczając Wójcika do pracy z pierwszą reprezentacją. Było w tym zarzewie środowiskowych podziałów, a następnie wojny futbolowej, która wybuchła z całą siłą kilka lat później i której echa dotrwały do czasów dzisiejszych.
Ale w momencie olimpijskich triumfów - w niczym tej oceny nie zmieniała porażka 2:3 w dramatycznym finale z Hiszpanią, na Camp Nou zresztą - nikt nie myślał, że tak się to wszystko potoczy. Wielu zawodników, którzy stanowili trzon drużyny, zostało wykupionych albo niemal od razu, albo nieco później, przez zagraniczne kluby i mieliśmy prawo przypuszczać, że to dopiero wstęp do ich wielkich karier i jednocześnie wstęp do nareszcie lepszych lat dla polskiej reprezentacji.
Ostatecznie wyszło na to, że może i zawodnicy porobili swoje prywatne interesy, jakoś tam zapełnili swoje konta, ale wspomnianej reprezentacji i interesom całej polskiej piłki zdało się to właściwie psu na budę. Skądinąd jedni z medalistów porobili za granicą średnie kariery, a inni... żadne. Była też część, która nigdzie nie wyjechała, tonąc w szaroburej polskiej rzeczywistości piłkarskiej lat 90.
Przez długie lata rozbrzmiewało - jako memento powinno zresztą rozbrzmiewać po dzień dzisiejszy - pytanie, dlaczego tak się stało? Co takiego było w polskiej piłce i w samych zawodnikach, że jednym udało się średnio, innym wcale, a sumaryczny pożytek był z tego znikomy. No i dlaczego z tej reprezentacji nie wyłonił się ani jeden lider, który miałby dzisiaj silniejszą pozycję nie tylko w międzynarodowej piłce, ale również polskiej; no, może z wyjątkiem Marka Koźmińskiego (wiceprezes PZPN) i Jerzego Brzęczka (obecnie trener Wisły Płock). Piszę o tym na zasadzie skojarzenia z... bramką na 3:2 dla Hiszpanii w olimpijskim finale. Na uszczęśliwionego strzelca, Kiko, rzucają się m.in. Luis Enrique i Pep Guardiola...

Z tej samej kategorii